Adam Michnik: Patrzę na Śląsk oczami Kutza
04.06.2009
, aktualizacja: 04.06.2009 16:49
Kandydaci ''Solidarności'' byli gorąco witani na Śląsku. Na zdjęciu Adam Michnik przed Muzeum Górnośląskim w Bytomiu
W Bytomiu spotykałem ludzi, którzy mieli podobną wrażliwość do mojej. Myśleli podobnie o polityce i o Polsce. Wiedziałem, że tym ludziom zależy na tym, żebyśmy wygrali wszyscy, że to otwiera jakąś szansę dla Polski. To była wielka przygoda i mój pierwszy romans ze Śląskiem.
ZOBACZ TAKŻE
- Tusk w Katowicach: Polska stała się wzorem (05-06-09, 22:41)
- Święto wolności (04-06-09, 01:00)
SERWISY
Józef Krzyk: Jak to się stało, że warszawiak został kandydatem Komitetu Obywatelskiego na górniczym Śląsku?
Adam Michnik: To skomplikowana historia. Były różne przymiarki, nie wszyscy chcieli kandydować, niektórym nie odpowiadały okręgi, a z kolei dla innych brakowało okręgu. Sam nigdzie się nie pchałem, ale zapowiedziałem, że jestem do dyspozycji. No i jakiś czas po tej deklaracji, gdy zaczęto układać listy, pojawił się pomysł, zdaje się księdza Stanisława Tkocza, który był naszym konsultantem, żebym kandydował z Sosnowca. Tak, tak! Z czerwonego Sosnowca.
No, ale przy rozdzielaniu poszczególnych mandatów okazało się, że "Solidarność" w Sosnowcu ma szansę na zdobycie tylko jednego mandatu. Wtedy uznałem, nie tylko ja, że byłoby rzeczą mało stosowną, aby ten jedyny mandat przypadł "spadochroniarzowi", człowiekowi z zewnątrz. Stanęło na tym, że lepszy dla takiej okazji jest Bytom, gdzie "Solidarność" mogła ubiegać się o trzy mandaty. O jeden walczyć miał Piotrek Polmański, o drugi - Zenon Pigoń, a ja - o trzeci. Dla mnie to było dość trudne wyzwanie, dlatego, że ja Bytomia nie znałem. Mówiąc zupełnie uczciwie - Śląska nie znałem. Poszedłem najpierw na korepetycje do Kazia Kutza, a później do księdza Tkocza. To byli moi dwaj nauczyciele Śląska przed wyborami.
Nauka na coś się przydała?
- Któregoś razu na przedwyborczym spotkaniu ktoś mnie zaczepił i pyta, co mam wspólnego z Bytomiem, że stąd kandyduję? Niewiele się namyślając, mówię na to bezczelnie: - Jak to co? Przecież mój ojciec urodził się we Lwowie. Wiedziałem, że Bytom to miasto, gdzie bardzo dużo ludzi ma lwowskie korzenie.
Przy innej okazji człowiek, który wyglądał mi na partyjnego aktywistę, spytał, czy jestem wierzącym katolikiem. Rozwścieczyło to mnie, więc mu mówię: - Wie pan, niedawno rozmawiałem półtorej godziny z Ojcem Świętym i on, przez te półtorej godziny takiego pytania nie zadał, w związku z czym nie widzę potrzeby, żeby panu na to pytanie odpowiadać.
Ale chyba nie tylko zaczepki się zdarzały podczas przedwyborczych spotkań?
- Oczywiście, że nie! Ludzie byli sympatyczni i ciekawi wszystkiego. Otwarci na kontakt i rozmowy. Miałem już w tamtym czasie dosyć znane nazwisko. Znano mnie głównie z ataków w oficjalnych mediach, gdzie mnie przedstawiano w jak najgorszych barwach. Więc ludzie chcieli się dowiedzieć, jak z bliska wygląda ten, który jest tym potworem.
Łatwo było nawiązać z nimi kontakt? Dotąd Michnik kojarzył się głównie ze środowiskiem inteligencji, a w Bytomiu nie było wtedy nawet jednej wyższej uczelni.
- Rzeczywiście nie było, ale to nie budowało jakiejś bariery między mną a ludźmi, którzy przychodzili na przedwyborcze spotkania. Byłem przecież kandydatem nie tylko jednego środowiska, ale "Solidarności", która wtedy była formą narodowej konfederacji przeciwko dyktaturze. Tam byli bardzo różni ludzie. Nie było jeszcze tak mocno zarysowanych tych podziałów, które są dzisiaj.
Więc to musiało zakończyć się zwycięstwem?
- Wcale nie. Wiedziałem, że my możemy te wybory przegrać, że ja je mogę przegrać, ale, jak mówi przysłowie: "kto nie ryzykuje, w kozie nie siedzi". Bardzo się przykładałem, często jeździłem, z ludźmi rozmawiałem, nie tylko w Bytomiu, ale też w Piekarach Śląskich. Najważniejsze dla mnie było to, że w Bytomiu spotykałem ludzi, którzy mieli podobną wrażliwość do mojej. Myśleli podobnie o polityce i o Polsce. Wiedziałem, że tym ludziom zależy na tym, żebyśmy wygrali wszyscy, że to otwiera jakąś szansę dla Polski. To była wielka przygoda i mój pierwszy romans ze Śląskiem. Owszem, przyjeżdżałem tu jeszcze przed stanem wojennym, ale to było coś zupełnie innego. Nawet nie poczułem klimatu Śląska. Ludzie na tych spotkaniach nie byli jeszcze tak otwarci, jak w 1989 roku.
Czego można było się dowiedzieć o Śląsku ze spotkań wiosną `89?
- Nauczyłem się przede wszystkim tego, że Śląsk to bardzo specjalna część Polski, która ma swoją historię, inną niż centralna Polska, i że w centralnej Polsce ludzie nie czują Śląska, nie rozumieją. Zresztą, tak jest do dzisiaj. Po tych spotkaniach czułem się w obowiązku, żeby próbować ludziom z reszty Polski objaśniać Śląsk. Stąd tak obszerna obecność śląskich spraw w "Gazecie Wyborczej".
To było zauroczenie Śląskiem?
- Powiedziałbym raczej, że fascynacja. Poznawałem coś, czego wcześniej nie znałem. To było doświadczenie, które wcześniej było mi obce. Spotkałem tu ludzi, którzy mieli inną niż znana mi, zbiorową pamięć. Mieli inny stosunek do historii polsko-niemieckiej, inne doświadczenia i świadomość swej lokalnej i regionalnej tożsamości. Początkowo trudno było mi się w tym połapać, ale się nauczyłem i to szanuję, jako rzecz niezwykle ważną. Dlatego, gdy Jacek Kurski użył w kampanii 2005 roku argumentu o dziadku z Wehrmachtu, doskonale wiedziałem, jaki to idiotyzm. Przecież śląskie losy były takie, że każdy mógł mieć dziadka w Wehrmachcie.
Czy Śląsk dobrze wykorzystał te ostatnie 20 lat?
- Na takie pytanie zawsze można odpowiedzieć w różny sposób, w zależności od tego, czy widzi się przed sobą szklankę do połowy pustą, czy do połowy pełną. Według mnie, ona jest do połowy pełna i jestem przekonany, że na Śląsku zmieniło się wiele rzeczy na lepsze. Ale oczywiście ciągle ma problemy, tak jak ma problemy cała Polska. Nie jest przecież łatwo przestawić się z tej monokultury węgla na inną rzeczywistość. To musi trochę trwać, ale zmiany na lepsze są widoczne gołym okiem.
Dla mnie dobrym symbolem Śląska jest i zawsze będzie Kazimierz Kutz. To jest człowiek, który całej Polsce wytłumaczył wartość Śląska, piękno jego historii i gorycz doświadczeń. Ja jestem mu za to ogromnie wdzięczny. To jest wspaniały ambasador Śląska - zna Polskę i świat. A jednocześnie jest znakomitą inkarnacją najlepszych cech Śląska. Patrzę na Śląsk z perspektywy, którą wyznaczył Kutz.
Adam Michnik: To skomplikowana historia. Były różne przymiarki, nie wszyscy chcieli kandydować, niektórym nie odpowiadały okręgi, a z kolei dla innych brakowało okręgu. Sam nigdzie się nie pchałem, ale zapowiedziałem, że jestem do dyspozycji. No i jakiś czas po tej deklaracji, gdy zaczęto układać listy, pojawił się pomysł, zdaje się księdza Stanisława Tkocza, który był naszym konsultantem, żebym kandydował z Sosnowca. Tak, tak! Z czerwonego Sosnowca.
No, ale przy rozdzielaniu poszczególnych mandatów okazało się, że "Solidarność" w Sosnowcu ma szansę na zdobycie tylko jednego mandatu. Wtedy uznałem, nie tylko ja, że byłoby rzeczą mało stosowną, aby ten jedyny mandat przypadł "spadochroniarzowi", człowiekowi z zewnątrz. Stanęło na tym, że lepszy dla takiej okazji jest Bytom, gdzie "Solidarność" mogła ubiegać się o trzy mandaty. O jeden walczyć miał Piotrek Polmański, o drugi - Zenon Pigoń, a ja - o trzeci. Dla mnie to było dość trudne wyzwanie, dlatego, że ja Bytomia nie znałem. Mówiąc zupełnie uczciwie - Śląska nie znałem. Poszedłem najpierw na korepetycje do Kazia Kutza, a później do księdza Tkocza. To byli moi dwaj nauczyciele Śląska przed wyborami.
Nauka na coś się przydała?
- Któregoś razu na przedwyborczym spotkaniu ktoś mnie zaczepił i pyta, co mam wspólnego z Bytomiem, że stąd kandyduję? Niewiele się namyślając, mówię na to bezczelnie: - Jak to co? Przecież mój ojciec urodził się we Lwowie. Wiedziałem, że Bytom to miasto, gdzie bardzo dużo ludzi ma lwowskie korzenie.
Przy innej okazji człowiek, który wyglądał mi na partyjnego aktywistę, spytał, czy jestem wierzącym katolikiem. Rozwścieczyło to mnie, więc mu mówię: - Wie pan, niedawno rozmawiałem półtorej godziny z Ojcem Świętym i on, przez te półtorej godziny takiego pytania nie zadał, w związku z czym nie widzę potrzeby, żeby panu na to pytanie odpowiadać.
Ale chyba nie tylko zaczepki się zdarzały podczas przedwyborczych spotkań?
- Oczywiście, że nie! Ludzie byli sympatyczni i ciekawi wszystkiego. Otwarci na kontakt i rozmowy. Miałem już w tamtym czasie dosyć znane nazwisko. Znano mnie głównie z ataków w oficjalnych mediach, gdzie mnie przedstawiano w jak najgorszych barwach. Więc ludzie chcieli się dowiedzieć, jak z bliska wygląda ten, który jest tym potworem.
Łatwo było nawiązać z nimi kontakt? Dotąd Michnik kojarzył się głównie ze środowiskiem inteligencji, a w Bytomiu nie było wtedy nawet jednej wyższej uczelni.
- Rzeczywiście nie było, ale to nie budowało jakiejś bariery między mną a ludźmi, którzy przychodzili na przedwyborcze spotkania. Byłem przecież kandydatem nie tylko jednego środowiska, ale "Solidarności", która wtedy była formą narodowej konfederacji przeciwko dyktaturze. Tam byli bardzo różni ludzie. Nie było jeszcze tak mocno zarysowanych tych podziałów, które są dzisiaj.
Więc to musiało zakończyć się zwycięstwem?
- Wcale nie. Wiedziałem, że my możemy te wybory przegrać, że ja je mogę przegrać, ale, jak mówi przysłowie: "kto nie ryzykuje, w kozie nie siedzi". Bardzo się przykładałem, często jeździłem, z ludźmi rozmawiałem, nie tylko w Bytomiu, ale też w Piekarach Śląskich. Najważniejsze dla mnie było to, że w Bytomiu spotykałem ludzi, którzy mieli podobną wrażliwość do mojej. Myśleli podobnie o polityce i o Polsce. Wiedziałem, że tym ludziom zależy na tym, żebyśmy wygrali wszyscy, że to otwiera jakąś szansę dla Polski. To była wielka przygoda i mój pierwszy romans ze Śląskiem. Owszem, przyjeżdżałem tu jeszcze przed stanem wojennym, ale to było coś zupełnie innego. Nawet nie poczułem klimatu Śląska. Ludzie na tych spotkaniach nie byli jeszcze tak otwarci, jak w 1989 roku.
Czego można było się dowiedzieć o Śląsku ze spotkań wiosną `89?
- Nauczyłem się przede wszystkim tego, że Śląsk to bardzo specjalna część Polski, która ma swoją historię, inną niż centralna Polska, i że w centralnej Polsce ludzie nie czują Śląska, nie rozumieją. Zresztą, tak jest do dzisiaj. Po tych spotkaniach czułem się w obowiązku, żeby próbować ludziom z reszty Polski objaśniać Śląsk. Stąd tak obszerna obecność śląskich spraw w "Gazecie Wyborczej".
To było zauroczenie Śląskiem?
- Powiedziałbym raczej, że fascynacja. Poznawałem coś, czego wcześniej nie znałem. To było doświadczenie, które wcześniej było mi obce. Spotkałem tu ludzi, którzy mieli inną niż znana mi, zbiorową pamięć. Mieli inny stosunek do historii polsko-niemieckiej, inne doświadczenia i świadomość swej lokalnej i regionalnej tożsamości. Początkowo trudno było mi się w tym połapać, ale się nauczyłem i to szanuję, jako rzecz niezwykle ważną. Dlatego, gdy Jacek Kurski użył w kampanii 2005 roku argumentu o dziadku z Wehrmachtu, doskonale wiedziałem, jaki to idiotyzm. Przecież śląskie losy były takie, że każdy mógł mieć dziadka w Wehrmachcie.
Czy Śląsk dobrze wykorzystał te ostatnie 20 lat?
- Na takie pytanie zawsze można odpowiedzieć w różny sposób, w zależności od tego, czy widzi się przed sobą szklankę do połowy pustą, czy do połowy pełną. Według mnie, ona jest do połowy pełna i jestem przekonany, że na Śląsku zmieniło się wiele rzeczy na lepsze. Ale oczywiście ciągle ma problemy, tak jak ma problemy cała Polska. Nie jest przecież łatwo przestawić się z tej monokultury węgla na inną rzeczywistość. To musi trochę trwać, ale zmiany na lepsze są widoczne gołym okiem.
Dla mnie dobrym symbolem Śląska jest i zawsze będzie Kazimierz Kutz. To jest człowiek, który całej Polsce wytłumaczył wartość Śląska, piękno jego historii i gorycz doświadczeń. Ja jestem mu za to ogromnie wdzięczny. To jest wspaniały ambasador Śląska - zna Polskę i świat. A jednocześnie jest znakomitą inkarnacją najlepszych cech Śląska. Patrzę na Śląsk z perspektywy, którą wyznaczył Kutz.
Polecamy: 4 czerwca 1989: Taka niedziela zdarza się tylko raz
- Kup licencję
-
Ocena:
- słabe
- nic specjalnego
- dobre
- bardzo dobre
- znakomite
0 głosów
Najczęściej czytane24 htydzień

Wiadomości z Katowic i okolic.
Przykładowy newsletter

