Trzej ochroniarze pracowali w agencji Komandos. Ubrani w czarne mundury, kuloodporne kamizelki, w hełmach i z pistoletami z ostrą amunicją przez całą środę jeździli do banków w Małopolsce, Zagłębiu i na Śląsku. Zebrali w nich 2,2 mln zł. Upchane w 12 jutowych workach pieniądze miały trafić do Regionalnego Centrum Gotówkowego w Mysłowicach (tam się je liczy, księguje, stamtąd też pobiera się pieniądze do wypłat).
Ale ochroniarze do Mysłowic nie dotarli. Wieczorem pędzącą opancerzoną furgonetkę zauważyli policjanci z Dąbrowy Górniczej. Zatrzymali samochód do kontroli. Od ochroniarzy czuć było alkohol. 34-letni kierowca miał ponad 1 promil, 32-letni konwojent 1,5 promila, a 26-letni dowódca konwoju 0,44 promila w wydychanym powietrzu. Wszyscy zostali zatrzymani.
- Nasi ludzie odebrali im broń i zabezpieczyli przewożone pieniądze - mówi podinspektor Andrzej Gąska, rzecznik prasowy śląskiej policji. Po kilku godzinach do komendy przyjechali trzeźwi zmiennicy ochroniarzy, którzy odwieźli gotówkę do Mysłowic.
W czwartek mężczyznom przedstawiono zarzuty zaniedbania obowiązku ochrony przewożonego ładunku. Grożą im dwa lata więzienia. Dodatkowo kierowca odpowie za jazdę po pijanemu. - Wystąpimy też o cofnięcie im pozwolenia na broń oraz licencji pracownika ochrony - zapowiada podinspektor Gąska. Dla pijanych konwojentów to śmierć zawodowa. Bez uprawnień mogą zostać co najwyżej portierami.
Andrzej Prus, prezes firmy ochroniarskiej Komandos, zapewniał w czwartek, że kiedy mężczyźni wyjeżdżali do pracy, byli trzeźwi. - To oznacza, że musieli pić po drodze. To niedopuszczalne, stracą pracę - zapowiedział Prus. Zapewnił też, że to pierwszy taki przypadek w 15-letniej historii firmy.
Źródło: Gazeta Wyborcza Katowice