Ruch wicemistrzem Polski. Pan Majster i tak zaśpiewał

Wojciech Todur
06.05.2012 , aktualizacja: 06.05.2012 21:43
A A A Drukuj
Piłkarze Ruchu wyglądali po meczu na przegranych. - Za kilka dni docenimy to, co udało nam się osiągnąć - mówił napastnik Paweł Abbott

Piłkarze Ruchu wyglądali po meczu na przegranych. - Za kilka dni docenimy to, co udało nam się osiągnąć - mówił napastnik Paweł Abbott (Fot. Grzegorz Celejewski / Agencja Gazeta)

Przez godzinę Ruch prowadził z Lechią Gdańsk i mógł czuć się mistrzem Polski, bo Śląsk remisował z Wisłą w Krakowie. Ostatecznie jednak niebiescy cieszą się - po 39 latach przerwy - ze srebrnych medali. - Za rok będzie lepiej - obiecał Dariusz Smagorowicz, prezes chorzowskiego klubu
Przed sezonem Smagorowicz zapisał na kartce, które miejsce Ruch zajmie na koniec sezonu. Kopertę zalakował i dał na przechowanie Mirosławowi Mosórowi, dyrektorowi klubu. - Mogę już powiedzieć, że napisałem, iż Ruch będzie mistrzem. Teraz czuję odrobinę niedosyt, ale na pewno za kilka dni wszyscy docenimy to, co udało nam się osiągnąć. Ruch cały czas się rozwija. Ruch nie stoi w miejscu. Za rok się poprawimy. Mamy pomysł na nasz klub. Nie chcemy osłabiać drużyny. Myślimy o kolejnych wzmocnieniach - mówił Smagorowicz zaraz po ostatnim gwizdku wygranego 2:1 meczu z Lechią Gdańsk.

Ruch potrzebował do mistrzostwa nie tylko wygranej nad drużyną z Trójmiasta. Niebiescy musieli liczyć także na Wisłę, która nie mogła przegrać u siebie ze Śląskiem Wrocław. Krakowianie zagrali jednak słabo. Nie czuli też żadnej presji ze strony kibiców, którzy kibicowali zaprzyjaźnionej drużynie z Dolnego Śląska.

Gdy wrocławianie zdobyli zwycięskiego gola, stadion skandował "Heeej Śląsk!". - Byłem przekonany, że Ruch ogra Lechię, i niemal pewny, że Śląsk nie wygra w Krakowie. Potoczyło się inaczej. To kolejna nauczka w stylu "jak masz liczyć, to licz na siebie" - mówił Mariusz Śrutwa, były napastnik niebieskich.

Chorzowski klub był mistrzem dokładnie przez godzinę. Od 17.18, gdy bramkę na Cichej strzelił Arkadiusz Piech, do 18.18, gdy gola dla Śląska zdobył Słoweniec Rok Elsner.

Przez tę godzinę na Cichej panowała radosna fiesta. Po każdym golu dla niebieskich przez stadion niosło się gromkie "Booomba". To Bogdan Kalus, czyli Hadziuk z "Rancza", serialu TVP, krzyczał do mikrofonu spikera.

Gdy Śląsk zdobył bramkę, atmosfera na Cichej siadła. Fani wpatrywali się w działaczy Ruchu. Gdy Janusz Paterman, członek rady nadzorczej, zaczął nagle radośnie gestykulować, kibice uważali, że to znak, że Wisła wyrównała. Przez trybuny przetoczył się przyjemny szmerek nadziei, ale Paterman - jeżeli w ogóle się cieszył - to z innego powodu.

Trener Waldemar Fornalik zabronił piłkarzom pytać o wynik spotkania w Krakowie. - Mieliśmy skupić się tylko i wyłącznie na swoim meczu - mówił Rafał Grodzicki, kapitan niebieskich.

Po ostatnim gwizdku piłkarze Ruchu sprawiali wrażenie przegranych. - To jednak nieprawda. Za kilka dni docenimy to, co udało nam się osiągnąć - mówił napastnik Paweł Abbott, którego dziennikarze dopytywali, czy w klubie były przygotowane szampany. - A nie wiem. A gdyby były, to co w tym złego? Nie należy się nam? Przecież zdobyliśmy medal - uśmiechał się.

- Czekamy na gratulacje, a nie kondolencje. Dziękuję wszystkim, którzy dołożyli swoją cegiełkę do tego sukcesu. To, że dziś świętujemy, to zasługa wielu ludzi. Nieraz pokazaliśmy charakter, walkę do końca. Takiego dobrego ducha. Były momenty, gdy już nas skreślano. Zawodnicy potrafili udźwignąć tę presję - podkreślał trener Waldemar Fornalik.

Puchar za mistrzostwo pojechał na stadion do Krakowa, a chorzowskim kibicom pozostał na osłodę koncert grupy Pan Majster, która wystąpiła na scenie ustawionej za jedną z bramek.

Więcej na slask.sport.pl