Dżem ma 30 lat - zdjęcia z urodzinowego koncertu
2009-10-04
, aktualizacja: 05.10.2009 08:57
Katowicki Spodek wypełniony do ostatniego miejsca przez nastolatków, ludzi w średnim wieku i starych rockmanów, chóralne odśpiewywanie "Sto lat" i cztery godziny doskonałej muzyki. To musi być Dżem
ZOBACZ TAKŻE
- Filharmonia to za wysokie progi na Dżemowe nogi (17-11-09, 20:03)
GALERIA ZDJĘĆ
- 30 urodziny Dżemu w Spodku (04-10-09, 21:20)
Bilety na sobotni koncert Dżemu nie były tanie (nawet 155 zł), a mimo to kupiło je 8 tys. fanów. Gdy doliczyć do tego zaproszonych gości, w Spodku mogło być nawet 10 tys. ludzi.
30. urodziny Dżemu to jednak okazja szczególna. Niemal nie zdarza się, by w Polsce zespół grał tak długo bez żadnej przerwy. Tym bardziej że los doświadczył śląskich muzyków. Nie szczędził im artystycznych i komercyjnych sukcesów, ale też prawdziwych dramatów, z których największą była tragiczna śmierć dwóch członków zespołu: wokalisty Ryszarda Riedla i pianisty Pawła Bergera.
Właśnie żeby uczcić pamięć zmarłych przyjaciół, koncert zaczął się refleksyjnie: po wspólnej minucie ciszy zabrzmiała akustyczna wersja ballady "Zapal świeczkę". Pierwszy magiczny moment to refren wyśpiewany przez tysiące gardeł. Takich chwili było tego wieczoru więcej. Choć wciąż akustycznie, z każdym utworem na scenie rosła energia: "Mała aleja róż", "Uśmiech śmierci" oraz "Poznałem go po czarnym kapeluszu" i "Autsajder", w których gościnnie na akordeonie zagrał Ryszard Kramarczyk, akustyk zespołu. Atmosfera była wręcz klubowa.
Po krótkiej przerwie, podczas której fani odśpiewali "100 lat", klimat się zmienił. Gitarzyści sięgnęli po instrumenty elektryczne i nagle podniosła się za nimi czarna kurtyna, odsłaniając ponadczterdziestoosobową orkiestrę symfoniczną. Wszyscy już grali, więc wrażenie było niesamowite. Nic dziwnego, że ludzie wręcz zawyli z radości. Część symfoniczna była najmocniejszą w całym koncercie.
Najdłużej Dżem grał elektrycznie. Cały koncert, planowany na trzy godziny, skończył się po ponad czterech, m.in. ze względu na gości. Sebastian Riedel zaśpiewał "Kiepską grę" i wdał się w gitarową rozmowę z Jerzym Styczyńskim. Ale wszystko przebiła kapitalna wersja "Koszmarnej nocy", jednej z najbardziej tragicznych dżemowych ballad.
Na cztery piosenki scenę przejął Jacek Dewódzki, który był wokalistą Dżemu w połowie lat 90., po śmierci Riedla. Zespół przypomniał, że grał wtedy ostro, wręcz hardrockowo. Świetnie wypadło zwłaszcza "Kilka zdartych płyt" z dowcipnie wplecionym riffem "Satisfaction" Rolling Stonesów.
- Przez te 30 lat zespół istniał i wierzę, że będzie istniał. Właśnie dzięki wam - powiedział do fanów obecny wokalista grupy Maciej Balcar. Mało który zespół w naszym kraju ma tak wierną publiczność. Do tego wielopokoleniową, wznoszącą się ponad subkultury. Ale hołdująca jednej zasadzie, która była życiową maksymą Ryszarda Riedla: sobą być.
30. urodziny Dżemu to jednak okazja szczególna. Niemal nie zdarza się, by w Polsce zespół grał tak długo bez żadnej przerwy. Tym bardziej że los doświadczył śląskich muzyków. Nie szczędził im artystycznych i komercyjnych sukcesów, ale też prawdziwych dramatów, z których największą była tragiczna śmierć dwóch członków zespołu: wokalisty Ryszarda Riedla i pianisty Pawła Bergera.
Właśnie żeby uczcić pamięć zmarłych przyjaciół, koncert zaczął się refleksyjnie: po wspólnej minucie ciszy zabrzmiała akustyczna wersja ballady "Zapal świeczkę". Pierwszy magiczny moment to refren wyśpiewany przez tysiące gardeł. Takich chwili było tego wieczoru więcej. Choć wciąż akustycznie, z każdym utworem na scenie rosła energia: "Mała aleja róż", "Uśmiech śmierci" oraz "Poznałem go po czarnym kapeluszu" i "Autsajder", w których gościnnie na akordeonie zagrał Ryszard Kramarczyk, akustyk zespołu. Atmosfera była wręcz klubowa.
Po krótkiej przerwie, podczas której fani odśpiewali "100 lat", klimat się zmienił. Gitarzyści sięgnęli po instrumenty elektryczne i nagle podniosła się za nimi czarna kurtyna, odsłaniając ponadczterdziestoosobową orkiestrę symfoniczną. Wszyscy już grali, więc wrażenie było niesamowite. Nic dziwnego, że ludzie wręcz zawyli z radości. Część symfoniczna była najmocniejszą w całym koncercie.
Najdłużej Dżem grał elektrycznie. Cały koncert, planowany na trzy godziny, skończył się po ponad czterech, m.in. ze względu na gości. Sebastian Riedel zaśpiewał "Kiepską grę" i wdał się w gitarową rozmowę z Jerzym Styczyńskim. Ale wszystko przebiła kapitalna wersja "Koszmarnej nocy", jednej z najbardziej tragicznych dżemowych ballad.
Na cztery piosenki scenę przejął Jacek Dewódzki, który był wokalistą Dżemu w połowie lat 90., po śmierci Riedla. Zespół przypomniał, że grał wtedy ostro, wręcz hardrockowo. Świetnie wypadło zwłaszcza "Kilka zdartych płyt" z dowcipnie wplecionym riffem "Satisfaction" Rolling Stonesów.
- Przez te 30 lat zespół istniał i wierzę, że będzie istniał. Właśnie dzięki wam - powiedział do fanów obecny wokalista grupy Maciej Balcar. Mało który zespół w naszym kraju ma tak wierną publiczność. Do tego wielopokoleniową, wznoszącą się ponad subkultury. Ale hołdująca jednej zasadzie, która była życiową maksymą Ryszarda Riedla: sobą być.
Polecamy: Zobacz więcej zdjęć
- 8 komentarzy
- Kup licencję
-
Ocena:
- słabe
- nic specjalnego
- dobre
- bardzo dobre
- znakomite
6 głosów
-
Re: Dżem ma 30 lat - zdjęcia z urodzinowego konce
polsz
16.10.09, 09:31
to nie przekręcanie faktów i podnoszenie dramaturgii. Bilety wcale nie byłytanie. A nazywanie koncertu Dżemu imprezą o światowym standardzie to już lekkaprzesada»
Najczęściej czytane24 htydzień

Wiadomości z Katowic i okolic.
Przykładowy newsletter






więcej zdjęć