Naso Łazowski: artysta wizjoner
2006-06-29
, aktualizacja: 29.06.2006 00:00
Na 14. piętrze bloku na katowickim os. Tysiąclecia tworzy niezwykły artysta. Naso Łazowski, 70-letni debiutant, Macedończyk z Grecji, który wybrał Polskę, i architekt, który wybrał sztukę
Naso-sztuka to nie zabawa
Na 14. piętrze bloku na katowickim os. Tysiąclecia tworzy niezwykły artysta. Naso Łazowski, 70-letni debiutant, Macedończyk z Grecji, który wybrał Polskę, i architekt, który wybrał sztukę.
Do jego królestwa na szczycie budynku nie dociera winda. Trzeba dojechać na 13. piętro i potem wspiąć się schodami poziom wyżej. Dopiero tam, na dachu, znajdziecie pracownię Łazowskiego. - Moja forteca i moje schronienie. Tylko tutaj mam absolutny komfort pracy - zwierza się. Jowialny i serdeczny (jeśli ocenić go w myśl jego własnej zasady, że "pierwsze wrażenie jest najważniejsze"), ledwie usiedliśmy na krzesłach, od razu zaczyna opowiadać o swojej sztuce. Ale nic w tym dziwnego - jesteśmy otoczeni przez jego prace: nie do końca rzeźby, ale i nie obiekty. Trochę grafiki i równocześnie projekty architektoniczne. Łazowski nie kopiuje starych wzorów - on tworzy nowe. Po prostu Naso-Wizje, jak zatytułował swoją zimową wystawę w galerii Szyb Wilson w Katowicach. I mimo, że ich twórca ma już 70 lat, był to jego debiut i benefis zarazem.
Że późno? - Niektórzy spalają się od początku i nie mają nic do powiedzenia - odpowiada Łazowski. On wolał dojrzeć, poczekać na dobry moment, żeby poświęcić się wyłącznie sztuce. Wcześniej trzeba było zarabiać na chleb. Dlatego młody Naso tuż po liceum plastycznym wybrał architekturę na krakowskiej politechnice. Wprawdzie równocześnie złożył też dokumenty do Akademii Sztuk Pięknych we Wrocławiu i w Gdańsku, ale rozsądek zwyciężył. - Naczytałem się dość historii artystów, którzy przymierali głodem na zimnych strychach - śmieje się.
Został więc architektem i przyjechał na Śląsk. Siedem lat spędził w pracowni słynnych katowickich architektów Henryka Buszko i Aleksandra Franty. Zaprojektowane przez nich ustrońskie "piramidy" to w pewnym stopniu także jego dzieło, które dopieszczał już od strony technicznej. Jednak nawet kreśląc poważne plany czy przygotowując projekty na konkursy, na boku szkicował swoje fantastyczne wizje. Na pytanie o źródła tych artystycznych ciągot odpowiada kwestią z "Cholonka" Janoscha: - Z niczego nie ma nic. I dodaje: - Wszystko jest w środku człowieka, nosimy w sobie te predyspozycje.
Dziesięć lat temu mógł wreszcie wyzwolić swoje wizje. Rodzina przeniosła się do Tarnowskich Gór, mieszkanie na Tysiącleciu stało się w całości jego atelier. - Stąd, jak z wieży, mogę spojrzeć na nocne miasto - mówi. Bo Łazowski potrzebuje nocy i samotności, żeby jego pomysły przybrały metalową, papierową lub drewnianą formę. Nic nie jest tu proste. Rzeźba z jednego kawałka blachy wygląda tak, jakby Łazowskiemu udało się wymyślić nową wstęgę Moebiusa - bez początku i końca. Inne prace wiją się wokół własnej osi, bo artysta w ruchu wirowym dopatruje się prapoczątków życia.
Nie we wszystkich jego rzeźbach są jednak życie i witalność. Wręcz przeciwnie - wiele z nich to symbole śmierci i bólu. To doświadczenia, które szczególnie w młodości były udziałem Łazowskiego - greckiego Macedończyka. Do Polski przyjechał w 1948 roku, gdy miał 12 lat. Przybył sam, bez rodziców, razem z falą uciekinierów z owładniętej wojną domową Grecji. Do dziś nie chce wspominać, co wtedy przeżył. - Nie trzeba pisać - mówi. Ale te wspomnienia same wychodzą na wierzch, gdy opowiada o swoich pracach. Choćby o rzeźbach, które nazwał ironicznie "Trofeami zwycięzców", ponieważ przypominają nawleczone na włócznię rzędy ludzkich głów. - Widziałem takie sceny. Zabijali nie partyzantów, ale biednych ludzi i w ten sposób się tym chwalili, faszyści! - Łazowski daje się ponieść wspomnieniom i związanym z nimi emocjom.
Dlatego łatwiej mu się opowiada o tych rzeźbach, dla których znajduje dalsze, już pozaartystyczne zastosowania. Łazowski każdy swój pomysł ocenia bowiem dwa razy. - Najpierw oglądam go jako plastyk. Potem, bardziej trzeźwo, jako architekt - zdradza. I to właśnie Łazowski architekt zastanawia się, co jeszcze mogłoby powstać z konkretnej rzeźby. - Na przykład ta praca - artysta bierze z półki projekt w kształcie muszli wypełnionej wygiętymi harmonijkowo wstęgami. - Po odwróceniu mógłby to być blat stolika - demonstruje swój pomysł. A to jeszcze nie wszystko! Na takich formach, przekonuje, można by oprzeć wszelkie konstrukcje narażone na wysokie ciśnienie, choćby okręty podwodne. Choć niewiele zrozumiałem z jego wywodów o cylindrach, kręgach i elementach stężających, dałem się przekonać, że jest to możliwe. Bo Naso-Wizje mają być nie tylko piękne. Powinny być też użyteczne. Jak mówi sam Łazowski: - Sztuka to nie zabawa dla samej zabawy.
Na 14. piętrze bloku na katowickim os. Tysiąclecia tworzy niezwykły artysta. Naso Łazowski, 70-letni debiutant, Macedończyk z Grecji, który wybrał Polskę, i architekt, który wybrał sztukę.
Do jego królestwa na szczycie budynku nie dociera winda. Trzeba dojechać na 13. piętro i potem wspiąć się schodami poziom wyżej. Dopiero tam, na dachu, znajdziecie pracownię Łazowskiego. - Moja forteca i moje schronienie. Tylko tutaj mam absolutny komfort pracy - zwierza się. Jowialny i serdeczny (jeśli ocenić go w myśl jego własnej zasady, że "pierwsze wrażenie jest najważniejsze"), ledwie usiedliśmy na krzesłach, od razu zaczyna opowiadać o swojej sztuce. Ale nic w tym dziwnego - jesteśmy otoczeni przez jego prace: nie do końca rzeźby, ale i nie obiekty. Trochę grafiki i równocześnie projekty architektoniczne. Łazowski nie kopiuje starych wzorów - on tworzy nowe. Po prostu Naso-Wizje, jak zatytułował swoją zimową wystawę w galerii Szyb Wilson w Katowicach. I mimo, że ich twórca ma już 70 lat, był to jego debiut i benefis zarazem.
Że późno? - Niektórzy spalają się od początku i nie mają nic do powiedzenia - odpowiada Łazowski. On wolał dojrzeć, poczekać na dobry moment, żeby poświęcić się wyłącznie sztuce. Wcześniej trzeba było zarabiać na chleb. Dlatego młody Naso tuż po liceum plastycznym wybrał architekturę na krakowskiej politechnice. Wprawdzie równocześnie złożył też dokumenty do Akademii Sztuk Pięknych we Wrocławiu i w Gdańsku, ale rozsądek zwyciężył. - Naczytałem się dość historii artystów, którzy przymierali głodem na zimnych strychach - śmieje się.
Został więc architektem i przyjechał na Śląsk. Siedem lat spędził w pracowni słynnych katowickich architektów Henryka Buszko i Aleksandra Franty. Zaprojektowane przez nich ustrońskie "piramidy" to w pewnym stopniu także jego dzieło, które dopieszczał już od strony technicznej. Jednak nawet kreśląc poważne plany czy przygotowując projekty na konkursy, na boku szkicował swoje fantastyczne wizje. Na pytanie o źródła tych artystycznych ciągot odpowiada kwestią z "Cholonka" Janoscha: - Z niczego nie ma nic. I dodaje: - Wszystko jest w środku człowieka, nosimy w sobie te predyspozycje.
Dziesięć lat temu mógł wreszcie wyzwolić swoje wizje. Rodzina przeniosła się do Tarnowskich Gór, mieszkanie na Tysiącleciu stało się w całości jego atelier. - Stąd, jak z wieży, mogę spojrzeć na nocne miasto - mówi. Bo Łazowski potrzebuje nocy i samotności, żeby jego pomysły przybrały metalową, papierową lub drewnianą formę. Nic nie jest tu proste. Rzeźba z jednego kawałka blachy wygląda tak, jakby Łazowskiemu udało się wymyślić nową wstęgę Moebiusa - bez początku i końca. Inne prace wiją się wokół własnej osi, bo artysta w ruchu wirowym dopatruje się prapoczątków życia.
Nie we wszystkich jego rzeźbach są jednak życie i witalność. Wręcz przeciwnie - wiele z nich to symbole śmierci i bólu. To doświadczenia, które szczególnie w młodości były udziałem Łazowskiego - greckiego Macedończyka. Do Polski przyjechał w 1948 roku, gdy miał 12 lat. Przybył sam, bez rodziców, razem z falą uciekinierów z owładniętej wojną domową Grecji. Do dziś nie chce wspominać, co wtedy przeżył. - Nie trzeba pisać - mówi. Ale te wspomnienia same wychodzą na wierzch, gdy opowiada o swoich pracach. Choćby o rzeźbach, które nazwał ironicznie "Trofeami zwycięzców", ponieważ przypominają nawleczone na włócznię rzędy ludzkich głów. - Widziałem takie sceny. Zabijali nie partyzantów, ale biednych ludzi i w ten sposób się tym chwalili, faszyści! - Łazowski daje się ponieść wspomnieniom i związanym z nimi emocjom.
Dlatego łatwiej mu się opowiada o tych rzeźbach, dla których znajduje dalsze, już pozaartystyczne zastosowania. Łazowski każdy swój pomysł ocenia bowiem dwa razy. - Najpierw oglądam go jako plastyk. Potem, bardziej trzeźwo, jako architekt - zdradza. I to właśnie Łazowski architekt zastanawia się, co jeszcze mogłoby powstać z konkretnej rzeźby. - Na przykład ta praca - artysta bierze z półki projekt w kształcie muszli wypełnionej wygiętymi harmonijkowo wstęgami. - Po odwróceniu mógłby to być blat stolika - demonstruje swój pomysł. A to jeszcze nie wszystko! Na takich formach, przekonuje, można by oprzeć wszelkie konstrukcje narażone na wysokie ciśnienie, choćby okręty podwodne. Choć niewiele zrozumiałem z jego wywodów o cylindrach, kręgach i elementach stężających, dałem się przekonać, że jest to możliwe. Bo Naso-Wizje mają być nie tylko piękne. Powinny być też użyteczne. Jak mówi sam Łazowski: - Sztuka to nie zabawa dla samej zabawy.
- Dodaj komentarz
- Kup licencję
-
Ocena:
- słabe
- nic specjalnego
- dobre
- bardzo dobre
- znakomite
0 głosów



