Tygrysek opatentowany

Iwona Sobczyk
20.11.2011 , aktualizacja: 20.11.2011 14:31
A A A Drukuj
- Zabrze, które opisywał Janosch, właściwie już nie istnieje i chyba nie ma po czym płakać. Choć oczywiście warto zachować w pamięci obraz przeszłości miasta - mówi prezydent Zabrza Małgorzata Mańka-Szulik. To z jej inicjatywy Horst Eckert został właśnie honorowym obywatelem miasta.
Małgorzata Mańka-Szulik
Fot. Grzegorz Celejewski / Agencja Gazeta
Małgorzata Mańka-Szulik
ZOBACZ TAKŻE
SERWISY
Iwona Sobczyk: Wydawnictwo Znak wznowiło niedawno "Cholonka, czyli dobrego Pana Boga z gliny" Janoscha. Pamięta pani swoje pierwsze zetknięcie z tą książką?

Małgorzata Mańka-Szulik, prezydent Zabrza: Po raz pierwszy czytałam "Cholonka" dość dawno i muszę się przyznać, że przebrnęłam przez niego nie bez trudności. Kilka razy odkładałam książkę na półkę, głównie ze względu na jej specyficzny styl. Przełomem był dopiero spektakl teatralny. Nadal drażnił mnie ten lekko plebejski momentami język, ale "Cholonek" stał mi się w jakiś sposób bliższy. Tak po prostu kiedyś było. Historia Zabrza nie oszczędzała, mieszały się tutaj kultury i tradycje. Janosch przedstawił to wszystko bardzo umiejętnie, w sposób interesujący dla znawców tematu i przystępny dla tych, którzy nie zamierzają się zbytnio zagłębiać w historyczne konteksty.

Iwona Sobczyk: Książka kreuje, łagodnie mówiąc, niezbyt pozytywny obraz mieszkańców Górnego Śląska. Bohaterowie zadzierają nosa, chleją, szmuglują i co rusz zmieniają ideologiczny front. Na dodatek żyją w strasznej biedzie.

Janosch pokazuje brutalną rzeczywistość, choć rzecz jasna pewne jej aspekty przejaskrawia. Przecież nie w każdej rodzinie było jak u Cholonków. Z drugiej strony niektóre z opisywanych zachowań, nie do końca pozytywnych, to efekt historycznych uwarunkowań. Był czas, że dzieciom wybierano imiona niekoniecznie najładniejsze, ale takie, które mogły im przynieść korzyści w danej historycznej sytuacji. Janosch w "Cholonku" serwuje swoim czytelnikom głęboką refleksję nad losami Śląska.

I to dlatego został niedawno, z pani inicjatywy, honorowym obywatelem Zabrza?

- Został nim jednak chyba bardziej z powodu swoich bajek. To jest obszar jego twórczości zdecydowanie mi bliższy. Janosch napisał ich bardzo wiele i pięknie ozdobił swoimi grafikami. W Europie zrobiły furorę, a na całym świecie przetłumaczono je na kilkadziesiąt języków. Niemcy zbili na nich genialny interes, między innymi dlatego że opatentowali bohaterów. Dzisiaj, jeśli chce się wykorzystać wizerunek Misia albo Tygryska, trzeba mieć na to pozwolenie. Wszystkim polecałabym lekturę bajki "Ach, jak cudowna jest Panama". To przecież prawda, że czasem szukamy szczęścia po całym świecie, zanim zorientujemy się, że najlepiej jest jednak na własnym podwórku. Warto też wybrać się do naszego zabrzańskiego Teatru Nowego na spektakl "Idziemy po skarb", przepiękną bajkę o przyjaźni.

Z Janoschem spotkałam się w szczególnym momencie, kiedy wyburzano ulicę Piekarską. Uświadomiłam sobie, że coś się kończy. Coś, co niekoniecznie chciałoby się opłakiwać.

Ulica Piekarska, gdzie urodził się Janosch, czyli pierwowzór ulicy Oślowskiego z powieści, zniknęła z powierzchni ziemi. Czy coś z tego Zabrza, które opisywał ocalało do naszych czasów?

- Niewiele i - jak już mówiłam - chyba nie ma po czym płakać. Choć oczywiście warto zachować obraz tego dawnego Zabrza w pamięci, tak jak to robi Horst Eckert. Za każdym razem wypowiada się o mieście swojego dzieciństwa bardzo dobrze.

Janosch faktycznie zapamiętał je zaskakująco szczegółowo. W "Cholonku" wymienia z nazwy na przykład lasek Gwidona, który zdaje się też istniał realnie. Istnieje nadal?

- Chyba raczej też nie...

Przynajmniej Czarniawka, przez którą szedł szmugiel, płynie jak wcześniej....

- Myślę, że nadal jest świadkiem wielu interesujących historii. O jej przeszłości opowiadają czasem starsi zabrzanie. Wspominają na przykład, jak przyszywało się głowę kaczki do korpusu gęsi, żeby przeszmuglować ową gęś przez rzekę. Bo kaczkę akurat można było przez nią przenieść, a gęsi nie. Dawny urząd celny też nadal stoi, dzisiaj działa w nim przychodnia. Gdyby cegły mogły mówić, pewnie usłyszelibyśmy więcej takich historii.

Skoro tak wiele się zmieniło, to dokąd się wybrać, żeby trochę tego janoschowego Zabrza zobaczyć?

- Czarniawkę i urząd celny już wymieniłam. Choć nie ma już Piekarskiej, na pewno warto wybrać się na spacer po Zaborzu czy po osiedlu Zandka, gdzie Janosch chodził do szkoły.

A w której części Zabrza pani się wychowywała?

- W Kończycach, po polskiej stronie Czarniawki.

Dziadkowie i rodzice opowiadali, jak Janosch, historie z zawikłanej przeszłości Zabrza?

- W Kończycach trudniej było znaleźć takie obrazki jak te, które opisywał Janosch. Z jednej strony była kopalnia Makoszowy, a z drugiej Bielszowice. Tu nie było takiej strasznej biedy. Poza tym w moim domu wspominało się przede wszystkim powstania śląskie. Wyrosłam w powstańczych klimatach. Tak to jest, że w każdej rodzinie na pierwszym planie stawia się inne wątki historyczne. To między innymi dlatego historia Zabrza jest tak interesująca.

Zobacz więcej na temat:

Podziel się

  • Dodaj komentarz
  • Kup licencję
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    0 głosów