Na powitanie zaśpiewałem dzieciom mantrę

Not. Magdalena Warchala
28.06.2011 , aktualizacja: 28.06.2011 14:08
A A A Drukuj
Biorąc na ręce moje nowo narodzone dzieci, czułem, że dostępuję niezwykłego zaszczytu uczestniczenia w cudzie. Myślę, że gdyby wszyscy ojcowie skorzystali z tej szansy, nabraliby takiego szacunku do życia, że na świecie nie byłoby więcej wojen - mówi żywiecki społecznik i artysta Dariusz Paczkowski.
Dariusz Paczkowski przy swoim graffiti
Fot. Tomasz Fritz / Agencja Gazeta
Dariusz Paczkowski przy swoim graffiti
ZOBACZ TAKŻE
Kalinka urodziła się sześć lat temu w domu moich teściów. Chociaż poród był długi, trwał prawie dobę, z moją żoną Kariną wspominamy go jako wspaniały czas. Było ciepłe lato, spacerowaliśmy po ogrodzie, oddychając rytmicznie, ja odliczałem czas między skurczami. Kiedy przenieśliśmy się do domu, starałem się stworzyć odprężający nastrój, grałem żonie na misach tybetańskich, które wydają bardzo kojący dźwięk. Gdy skurcze stały się silne, masowałem jej kręgosłup. Dla nas poród był zwieńczeniem okresu długotrwałych przygotowań na przyjęcie dziecka, może dlatego podeszliśmy do niego ze spokojem. Przez wiele wcześniejszych tygodni odwiedzaliśmy szkołę rodzenia Malwiny Okrzesik. Te dwa spotkania w tygodniu były bardzo potrzebne, by zatrzymać się w codziennym biegu, pobyć razem, przygotować się psychicznie i duchowo na to, co nas czeka. To było coś świętego. Kiedy widziałem olbrzymi wysiłek żony podczas porodu, nabrałem do niej, i do matek w ogóle, jeszcze większego szacunku. Już nie pamiętam, co pomyślałem, gdy zobaczyłem Kalinkę - byłem oszołomiony, czułem, że jestem świadkiem niesamowitego cudu. Położna podała córeczkę żonie, po chwili sam mogłem wziąć ją na ręce. Jestem buddystą, więc w emocjach zacząłem śpiewać dziecku mantrę współczucia "Om mani padme hum", a potem indiańską pieśń "Ziemia moim ciałem, woda moją krwią, powietrze oddechem, ogień siłą mą". Pojawienie się Kalinki zupełnie wytrąciło mnie z równowagi. Ze szczęścia płakałem przez trzy dni, podobnie jak teściowa, która moją żonę też urodziła w domu i teraz wracały do niej wspomnienia. Ściskaliśmy się co chwila, w domu panował nastrój wielkiego święta. Cztery lata później na świat przyszedł Krzyś, tym razem w mieszkaniu w bloku, które zostawili nam teściowie. Urodził się w tym samym pokoju, w którym wcześniej na świat przyszła jego mama, historia zatoczyła koło. Kiedy położna Kasia Oleś zapytała Karinę, jak wyobraża sobie ten poród, odpowiedziała, że chciałaby rodzić sama. I właściwie wszystko odbyło się po jej myśli, bo akcja porodowa przebiegała tak szybko, że położne zdążyły dojechać na ostatnią chwilę - żeby przeciąć pępowinę. W sypialni, w której wszystko się rozgrywało, zapaliliśmy świeczki, włączyliśmy muzykę. Bóle nasiliły się około godz. 3 w nocy, więc byłem lekko nieprzytomny. Karina poprosiła, bym zrobił jej okład z wody imbirowej, która podobno działa rozluźniająco. W kuchni znalazłem wodę, ale musiałem ją przecedzić. Zawołałem do żony: "Gdzie jest sitko?", a ona odkrzyknęła: "Już nie trzeba, wracaj, dziecko jest już na świecie". Dlatego gdy dziś ktoś mnie pyta, czy byłem przy narodzinach Krzysia, mam problem z odpowiedzią, bo właściwie je przegapiłem. Gdy wróciłem z kuchni, Karina poprosiła, żebym zapalił światło i sprawdził, czy mamy córkę, czy syna, bo wcześniej nie chcieliśmy się tego dowiedzieć, woleliśmy mieć niespodziankę. Wziąłem Krzysia na ręce i też zaśpiewałem mu to samo co jego starszej siostrze. Zaniosłem go też do pokoju Kalinki, żeby przywitała się z bratem. Myślała, że sobie z niej żartuję, że przyniosłem jakąś lalkę, ale gdy przekonała się, że to faktycznie dziecko, przybiegła do naszej sypialni i resztę nocy przespała z mamą i bratem w jednym łóżku. Możliwość przywitania się z obojgiem moich dzieci była najwspanialszą rzeczą, jaka mnie spotkała. Jestem pewien, że gdyby wszyscy ojcowie mieli tę możliwość i z niej skorzystali, nabraliby takiego szacunku do życia, że na świecie nie byłoby więcej wojen.

Dariusz Paczkowski jest żywieckim społecznikiem i artystą. Jako współprezes Fundacji "Klamra" prowadzi akcję "Witaj, życie" promującą prawo kobiet do porodów naturalnych i domowych oraz równy wkład rodziców w opiekę nad dziećmi.

A ty jak przywitałeś się ze swoim dzieckiem? Podziel się wspomnieniami pisząc na slaskiemamy@gazeta.pl

Podziel się

  • Dodaj komentarz
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    5 głosów