Jak punkt G stał się gwiazdą popkultury
06.12.2011
, aktualizacja: 06.12.2011 15:02
Brytyjscy naukowcy twierdzą, że punkt G to mit. Zdaniem polskich seksuologów badania dowodzą jednego: nieważne, jak kobiety osiągają orgazm, ważne z kim!
SERWISY
Magiczny i fenomenalny, niczym guzik miał uruchamiać kobietę i doprowadzać ją do orgazmu. Jak żadna inna część ludzkiego organizmu punkt G stał się gwiazdą popkultury, obiektem westchnień i poszukiwań ogromnej części naszej populacji. Wystarczyło otworzyć kolorowe pismo, by znaleźć instrukcję, jak do niego dotrzeć.
- Miał stanowić fizjologiczną odpowiedź na wrażenia przeżywane przez kobiety. Według teorii to siedlisko zakończeń nerwowych w pochwie, które podrażniane miało dostarczać paniom niesamowitych doznań - tłumaczy dr Adam Sipiński, specjalista seksuolog.
W końcu jednak pod lupę wzięli go brytyjscy naukowcy z uczelni King's College London i... wszystko zepsuli. Udowodnili, że punkt G nie istnieje.
W badaniach uczestniczyło 1800 kobiet. Wszystkie są bliźniaczkami jedno- lub dwujajowymi. Wszystkie musiały odpowiedzieć na pytanie o punkt G. W parach bliźniaczek jednojajowych, jeśli jedna uczestniczka posiada punkt G, jej siostra (mająca ten sam materiał genetyczny) też powinna odpowiedzieć na pytanie twierdząco. Tak się jednak nie działo.
W parach bliźniaczek dwujajowych obie siostry posiadały punkt G równie często co w parach bliźniaczek jednojajowych. Badania zobrazowały w ten sposób, jak subiektywną sprawą jest wyobrażenie punktu G. Ale czy to zaskakujące odkrycie?
- Od lat seksuolodzy spierali się na ten temat, a sprawa wydaje się dość oczywista. Ten guziczek, który uruchamia kobietę, istnieje! Ale nie w pochwie, tylko w mózgu! Wszystko zależy od partnera. Kiedy się kogoś kocha, to nawet szept może wywołać orgazm. A przecież to nie znaczy, że punkt G jest za uchem! - mówi dr Sipiński.
Każdy człowiek ma własne, indywidualne punkty erogenne na ciele. Dlatego nie da się stworzyć hierarchii i klasyfikacji pieszczot, których zastosowanie spowoduje osiąganie konkretnych doznań. Takie informacje nie mają nic wspólnego z rzeczywistością, a jedynie wpędzają kobiety we frustrację.
- Tak jest z równie mitycznym orgazmem pochwowym. Co rusz pojawiają się informacje, że jest on znacznie intensywniejszy od orgazmu łechtaczkowego, mimo że kobiety bardzo często szczytują właśnie w ten drugi sposób. To tylko pogłębia ich frustrację. Martwią się, że coś im umyka, czegoś im brakuje, źle odczuwają. A przecież nie ma orgazmu sutkowego, pochwowego i łechtaczkowego ani żadnej skali jakości. Sposób osiągania orgazmu może być różny. Trzeba się tylko otworzyć na partnera i wszystkie wątpliwości znikną - mówi dr Sipiński.
- Miał stanowić fizjologiczną odpowiedź na wrażenia przeżywane przez kobiety. Według teorii to siedlisko zakończeń nerwowych w pochwie, które podrażniane miało dostarczać paniom niesamowitych doznań - tłumaczy dr Adam Sipiński, specjalista seksuolog.
W końcu jednak pod lupę wzięli go brytyjscy naukowcy z uczelni King's College London i... wszystko zepsuli. Udowodnili, że punkt G nie istnieje.
W badaniach uczestniczyło 1800 kobiet. Wszystkie są bliźniaczkami jedno- lub dwujajowymi. Wszystkie musiały odpowiedzieć na pytanie o punkt G. W parach bliźniaczek jednojajowych, jeśli jedna uczestniczka posiada punkt G, jej siostra (mająca ten sam materiał genetyczny) też powinna odpowiedzieć na pytanie twierdząco. Tak się jednak nie działo.
W parach bliźniaczek dwujajowych obie siostry posiadały punkt G równie często co w parach bliźniaczek jednojajowych. Badania zobrazowały w ten sposób, jak subiektywną sprawą jest wyobrażenie punktu G. Ale czy to zaskakujące odkrycie?
- Od lat seksuolodzy spierali się na ten temat, a sprawa wydaje się dość oczywista. Ten guziczek, który uruchamia kobietę, istnieje! Ale nie w pochwie, tylko w mózgu! Wszystko zależy od partnera. Kiedy się kogoś kocha, to nawet szept może wywołać orgazm. A przecież to nie znaczy, że punkt G jest za uchem! - mówi dr Sipiński.
Każdy człowiek ma własne, indywidualne punkty erogenne na ciele. Dlatego nie da się stworzyć hierarchii i klasyfikacji pieszczot, których zastosowanie spowoduje osiąganie konkretnych doznań. Takie informacje nie mają nic wspólnego z rzeczywistością, a jedynie wpędzają kobiety we frustrację.
- Tak jest z równie mitycznym orgazmem pochwowym. Co rusz pojawiają się informacje, że jest on znacznie intensywniejszy od orgazmu łechtaczkowego, mimo że kobiety bardzo często szczytują właśnie w ten drugi sposób. To tylko pogłębia ich frustrację. Martwią się, że coś im umyka, czegoś im brakuje, źle odczuwają. A przecież nie ma orgazmu sutkowego, pochwowego i łechtaczkowego ani żadnej skali jakości. Sposób osiągania orgazmu może być różny. Trzeba się tylko otworzyć na partnera i wszystkie wątpliwości znikną - mówi dr Sipiński.
- Dodaj komentarz
-
Ocena:
- słabe
- nic specjalnego
- dobre
- bardzo dobre
- znakomite
0 głosów

Wiadomości z Katowic i okolic.
Przykładowy newsletter



